Kandydat lewicy zaproponował mi wzięcie udziału w debacie wyborczej. Po pierwsze: w dniu, gdy składał tę propozycję byłem jedynym zarejestrowanym kandydatem na prezydenta. Po drugie: od dawna mówiło się, że kandydatów na urząd prezydenta będzie pięciu, nie dwóch. A ja powodów dla dyskryminowania pozostałych potencjalnych kandydatów nie widzę.    

Swoją drogą jestem przekonany, że debata pięciu też nie bardzo ma sens. Obawiam się, że polegałaby na prześciganiu się w deklaracjach wyborczych bez pokrycia. I o ile pozostali kandydaci mogliby sobie na to pozwalać, o tyle ja, jako urzędujący prezydent Bełchatowa, gruszek na wierzbie obiecywać nie zamierzam.

Zresztą debata tak naprawdę cały czas ma miejsce – mimo że nie spotykamy się w studio wyborczym. Kandydaci przedstawiają swoje postulaty w programach wyborczych (niektórzy wyjątkowo ubogich programach…), listach, blogach itd. Debata wyborcza trwa więc każdego dnia.